sobota, 9 października 2021

O obrzękniętych żółwiach


Jednym z objawów regularnie odnotowywanych u gadzich pacjentów jest anasarca. Anasarca, która nie ma jakiegoś konkretnego odpowiednika w nazewnictwie polskim, to uogólniony obrzęk manifestujący się jako "spuchnięcie" całego ciała. Zwierzę lub człowiek wygląda, jakby ktoś go napompował niczym ludzika Michelin, a to za sprawą gromadzenia się płynów w tkance podskórnej. Objaw ten najczęściej widuję u żółwi, zarówno lądowych, jak i wodnych.
Uogólniony obrzęk u żółwia stepowego
Najczęściej wiążemy ją z niewydolnością nerek. Problem w tym, że anasarca nie jest objawem specyficznym dla tego problemu. Jak można się spodziewać po tak rozległej patologii, ma ona wiele różnych przyczyn. Poza zaburzeniami funkcji nerek wystąpić może także jako skutek niewydolności wątroby, niewydolności serca (u ssaków prawokomorowej, u żółwi... no cóż... nie ma pełnego podziału na dwie osobne komory), enteropatii białkogubnej, przewlekłego niedożywienia, znacznego zapasożycenia... Praktycznie wszystkie te problemy mają jeden wspólny mianownik - prowadzą do utraty białek krwi, szczególnie albumin, co ostatecznie manifestuje się "przesunięciem" płynów z łożyska naczyniowego (czyli żył, tętnic, naczyń włosowatych i limfatycznych) do tkanek.
Uogólniony obrzęk u żółwia stepowego
Niestety anasarca to dowód na znaczne zaawansowanie procesów patologicznych. Jej wystąpienie zawsze wiąże się z ostrożnymi rokowaniami, szczególnie jeśli u jej podstaw faktycznie leżą problemy nefrologiczne. W dużym uproszczeniu - brak prawidłowej "filtracji" krwi ze zbędnych i toksycznych substancji prowadzi do powolnego podtruwania całego organizmu. Tym bardziej poważny to problem, że nerki są narządami, które nie regenerują się, jak - powiedzmy - wątroba. Tak więc niewydolności nerek nie da się wyleczyć! Przy pomyślnych wiatrach i ciężkiej pracy da się ją stabilizować i utrzymywać na poziomie zapewniającym komfort życia pacjenta. A że niewydolność nerek jest jedną z najpoważniejszych konsekwencji nieprawidłowych warunków utrzymania u gadów... Ponownie, do znudzenia, powtarzał zatem będę, że PODSTAWĄ zdrowia naszego podopiecznego jest zapewnienie mu właściwych warunków, spełniających jego wymogi. Niewłaściwa dieta, brak profilaktyki, niedostosowana temperatura otoczenia... Niby banały, a pacjentów z problemami, których tak łatwo uniknąć, wciąż nie brakuje...
Wykorzystana literatura:
● Chitty J. i Raftery, A. "Generalised Oedema or Anasarca" w "Essentials of Tortoise Medicine and Surgery"
● Vogelaar J.L i wsp. "Anasarca, hypoalbuminemia, and anemia: what is the correlation?"; Clinical Pediatrics

O ekspansji modliszek

Biologia jest nauką żywą, wciąż się zmieniającą, ewoluującą wraz z obiektami jej zainteresowań. Przyroda wokół nas stale się zmienia, przekształca, dostosowuje. Nic zatem dziwnego, że to, co kiedyś było powszechne, dziś jest rzadkie lub nie ma tego w ogóle. Ot, chociażby jeszcze na początku XX wieku gnieździł się u nas w Tatrach i Pieninach sęp płowy (Gyps fulvus)[ostatni lęg mógł mieć miejsce prawdopodobnie około 1914 roku], dziś jest on jedynie gatunkiem z rzadka zalatującym. Chociaż liczny na przelotach, batalion (Calidris pugnax) zrezygnował z lęgów w naszym kraju, chociaż gdy przychodziłem na ten świat w połowie lat 80-tych, krajowa populacja lęgowa liczyła jeszcze około 200 samic. Są też przykłady odwrotne. Spektakularny come-back odnotowały miedzy innymi bobry europejskie (Castor fiber), żubr (Bison bonasus), pojawiły się legi czapli białej (Ardea alba), rozszerzył swój zasięg także szakal złocisty (Canis aureus). Niemałą rolę w tych zmianach odgrywają z pewnością postępujące zmiany klimatyczne, które dla pewnych gatunków są swoistą wygraną na loterii, umożliwiającą zasiedlanie terenów dotychczas dla nich niedostępnych. Tego typu trendy widzimy też wyraźnie w świecie bezkręgowców, o czym pisałem już chociażby w przypadku niegdyś bardzo rzadkiego, a obecnie całkiem pospolitego tygrzyka paskowanego (Argiope bruennichi). No i oczywiście jest ona...
Modliszka zwyczajna (Mantis religiosa) przy ul. Indiry Gandhi w Warszawie
Jako młody pasjonat zoologii marzyłem o spotkaniu z modliszką zwyczajną (Mantis religiosa). Choć zwyczajna z nazwy, jawiła się jako ucieleśnienie owadziej egzotyki, coś niesamowitego, unikalnego i niezwykłego. Jasne, jest ledwie jednym z około 2500 gatunków modliszek , ale była "nasza", polska. Charyzmy gatunkowi dodawał fakt, że był to owad bardzo rzadki, ograniczony swym areałem do okolic Kotliny Sandomierskiej. Niespełniony sen. Jednak z czasem sytuacja nieco się zmieniła. Zaczęto opisywać kolejne stanowiska, pierwotnie w dotychczasowych okolicach występowania, z czasem także coraz dalej - na Pogórzu, w Magurskim Parku Narodowym. Jeszcze pod koniec pierwszej dekady XXI wieku, gdy ukazywała się "Polska Czerwona Księga Zwierząt. Bezkręgowce", krajową populację szacowano na kilkaset do 3 000 osobników, zależnie od warunków meteorologicznych w danym sezonie. Aż nadszedł rok 2014, w którym to kilka modliszek odłowionych w Warszawie przez Straż Miejską trafiła do warszawskiego ZOO. No bo nikt o zdrowych zmysłach nie uznałby wówczas, że gatunek ten pojawił się tutaj od tak sobie, w naturalnych okolicznościach... Rok później znaczna część kraju wręcz "zalana" została inwazją modliszek. Sam osobiście napotkałem jedną na stacji "Dworzec Wileński" warszawskiego metra. Zacząłem nawet zbierać informacje o obserwacjach na terenie stolicy i okazało się, że było ich zaskakująco dużo! W 2018 roku miałem nawet okazję wypowiadać się na ten temat w "Pytaniu na Śniadanie" razem z monitorującym ekspansję gatunku Damianem Zielińskim z Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie. Od tego czasu pojawiały się kolejne artykuły z frazą "pierwsze stwierdzenie modliszki w..." Poznań, Białowieża, Karkonosze...W bieżącym roku moje ścieżki krzyżowały się ze ścieżkami modliszek trzykrotnie - dwa razy w Warszawie (okolice skrzyżowania ul. Indiry Gandhi i Pileckiego oraz przy Zamiejskiej) i raz w Wilkucicach Dużych.
Modliszka zwyczajna (Mantis religiosa) w Wilkucicach Dużych
Tak po prawdzie, wciąż nie do końca wiadomo, co jest główną przyczyną tej nagłej eksplozji ekspansji gatunku w całej Europie. Biorąc jednak pod uwagę odnotowywany w ostatnich latach wzrost liczebności innych ciepłolubnych gatunków stawonogów - choćby wspomniane tygrzyki, uznawana do niedawna za wymarłą u nas pszczołą zadrzechnia fioletowa (Xylocopa violacea), osa gliniarz naścienny (Sceliphron destillatorium), pasikonik długoskrzydlak sierposz (Phaneroptera falcata) czy świerszcz nakwietnik trębacz (Oecanthus pellucens) - należy za "winowajcę" uznać klimat, a raczej zmiany w nim zachodzące. Na ogólnie negatywnie postrzeganym zjawisku korzystają konkretne, ciepłolubne gatunki. Jedne pojawiają się na nowych dla siebie terenach, inne na nie wracają... Jak czytamy u Władysława Bazyluka w 1977 roku: "W XVIII wieku był stwierdzony w okolicach Warszawy, w ostatnich latach występowanie modliszki w tym rejonie nie zostało potwierdzone".
Wykorzystana literatura:
● Bazyluk W. "Fauna Polski. Tom 6. Karaczany i modliszki"; PWN
● Bazyluk W. "Klucze do oznaczania owadów Polski. Część IX-X. Karaczany, Modliszki"; PWN
● Jirak-Leszczyńska A. "Ponowne stwierdzenie nakwietnika trębacza Oecanthus pellucens (Scopoli, 1763) (Orthoptera: Gryllidae) na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej"; Prądnik. Prace i Materiały Muzeum im. prof. Władysława Szafera
● Kadej M. i wsp. "Pierwsze udokumentowane stwierdzenie modliszki zwyczajnej Mantis religiosa religiosa (Linnaeus, 1758) (Insecta, Mantodea) na Dolnym Śląsku"; Przyroda Sudetów
● Miłkowski M. i Chmielewski S. "Występowanie modliszki zwyczajnej Mantis religiosa (Linnaeus, 1758) na Nizinie Mazowieckiej"; Przegląd Przyrodniczy
● Rosińska A. "Pierwsze stwierdzenie Mantis religiosa (LINNAEUS, 1758) (Mantodea: Mantidae) w Poznaniu"; Wiadomości Entomologiczne
● Zieliński D. i Łazarecki T. "Modliszka zwyczajna (Mantis religiosa L.) z Białegostoku, Suwałk i okolic Białowieskiego Parku Narodowego"; Wiadomości Entomologiczne
● Zieliński D. i wsp. "European mantis Mantis religiosa (Linnaeus, 1758) in Poland: Identification & handling"; Medycyna Weterynaryjna

O przeklinającej kaczce

 O tym, że blaszkodziobe (Anseriformes) to dosyć "chuligańskie" i "wyuzdane" ptaki (oczywiście antropomorfizując), wiadomo nie od dziś. Nawet na łamach "Naturalnie w Warszawie..." wspominałem o niesamowitym wyścigu zbrojeń w dziedzinie narządów kopulacyjnych między samcami i samicami niektórych kaczek ("sprężynujące" prącia długości całego ciała i pełna zachyłków i ślepych zaułków pochwy, które u ptaków tak naprawdę są częścią jajowodu), o zbiorowych gwałtach kończących się czasem utopieniem nieszczęsnej samicy, o homoseksualnej nekrofilii, za opisanie której Cornelis Moeliker z Natural History Museum Rotterdam otrzymał w 2003 roku nagrodę Ig Nobla, o męskich parach łabędzi, które uwodzą samicę, by ta złożyła jaja w ich przytulnym gniazdku, po czym przepędzają ją i samemu odchowują młode... Jest tego troszeczkę... A teraz na dodatek okazuje się, że kaczki na domiar złego... PRZEKLINAJĄ !!

Dokładniej zdarzało się to jednej kaczce imieniem Ripper, przedstawicielowi australijskiego gatunku o nazwie bisiorka (Biziura lobata), u nas praktycznie nieznanego.
Ripper wykluł się we wrześniu 1983 roku w Tidbinbilla Nature Reserve, gdzie mieszkał przez całe swoje życie. Gdy miał 4 lata, jego opiekun zauważył, że w sposób idealny imituje on odgłos zatrzaskiwanych drzwi oraz... jego własny poirytowany głos. Będąc pod niemałym wrażeniem umiejętności swojego podopiecznego, nagrał jego wyczyn, dzięki czemu teraz, po trzech dekadach "odgrzebano" i opublikowano tą rewelację. Na załączonych do publikacji materiałach dźwiękowych wyraźnie słychać Rippera "przeklinającego": "you blood fool" (czyli na polski coś w stylu "ty cholerny głupcze"). 15 lat później inny, bezimienny samiec utrzymywany w tej samej instytucji nauczył się idealnie imitować głos kaczki pacyficznej (Anas superciliosa). Autorzy publikacji wspominają jeszcze o dwóch innych bisiorkach - jednej utrzymywanej w Norfolk, która miała nauczyć się parskania mieszkającego obok kucyka i próbowała wymawiać wyraz "Hello!", oraz o osobniku z Slimbridge Wildfowl Trust, który "udawał" kaszel swojego opiekuna i skrzypienie bramki prowadzącej na jego wybieg.
Akustyczne umiejętności bisiorek są nie lada zaskoczeniem w naukowym świecie. Wiadomo - papugi, krukowate, gwarki... One radzą sobie z naśladownictwem ludzkiej mowy doskonale. Ale kaczka?? Jak to w ogóle możliwe? Autorzy publikacji stawiają tezy, według której samce bisiorem w swej młodości przechodzą proces podobny do tego odbywającego się u niektórych ptaków śpiewających, jak chociażby kanarków - muszą mieć wzorzec dźwięku, którego się uczą. Lęgi bisiorek są stosunkowo mało liczne (3-4 jaja w zniesieniu), a samica opiekuje się młodymi dłużej niż większość jej kuzynek. Dorastające samczyki swoje wokalne umiejętności ćwiczą stopniowo, a dwie geograficznie oddzielone od siebie populacje (wschodnia i zachodnia) nieco różnią się "dialektem". Wszystko to może sugerować, że każdy młodzieniec bisiorki na własne skrzydło zdobywa wiedzę na temat atrakcyjności zawołań godowych. Osobniki odchowywane przez człowieka najwyraźniej za atrakcyjne uznają odgłosy antropogeniczne, w tym ludzką mowę...
Czadowe, prawda? To fascynujące, o jak wielu podstawowych - zdawać by się mogło - rzeczach wciąż jeszcze nie mamy zielonego pojęcia...
Wykorzystana literatura:
● Brennan P.L.R. i wsp. "Coevolution of Male and Female Genital Morphology in
Waterfowl"; PLOS One
● ten Cate C. i Fullagar P.J. "Vocal imitations and production learning by Australian musk ducks (Biziura lobata)"; Philosophical Transactions of the Royal Society B
● Dewar J.M. "Ménage à trois in the mute swan"; British Birds
● Moeliker C.W. "The first case of homosexual necrophilia in the mallard Anas platyrhynchos (Aves: Anatidae)"; Deinsea

sobota, 25 września 2021

O długoszponach słów kilka

 Temat sam jakoś tak wyskoczył, a chyba nie będzie lepszej okazji na przedstawienie Wam tych ptaków, więc z chęcią skorzystam

Dopiero co analizowaliśmy jedną z tablic edukacyjnych Lasy Państwowe i zastanawialiśmy się, ile jest w naszym kraju gatunków słowików, a tu nagle pojawił się słynny już spot mający za zadanie promocję tejże instytucji, w której odnaleziono zasadniczą wpadkę - sugestię, jakoby w naszych tak doskonale zachowanych kniejach żyły... długoszpony. Po wytknięciu tego błędu, między innymi przez Adam Wajrak, film usunięto i długoszpona (najpewniej młodocianego osobnika długoszpona żółtoczelnego (Jacana spinosa)) podmieniono na swojskiego żurawia (Grus grus), ale okazja na bliższe zapoznanie się z długoszponami pozostała!
Długoszpon krasnoczelny (Jacana jaca)
Długoszpon... Cóż to w ogóle jest, bo brzmi dosyć groźnie... Długie szpony kojarzyć się mogą z jakimś drapieżcą złowrogim... A tymczasem długoszpony (Jacanidae) to niewielka, bo licząca zaledwie 8 współczesnych gatunków rodzina w obrębie rzędu siewkowych (Charadriiformes), a więc kuzyni mew, rybitw i bekasów. Wiele wskazuje na to, że najbliżej im genetycznie do złotosłonek (Rostratulidae), andówek (Thinocoridae) i dropiatek (Pedionomidae), czyli należą raczej do tej mniej znanej części siewkowego rodu. Rozpowszechnione są w Azji (2 gatunki), Ameryce Środkowej i Południowej (2 gatunki), Australii (1 gatunek) i Afryce (3 gatunki). Ich polska nazwa jest nieco myląca, bowiem szpony, tudzież pazury na końcach palców stóp u tych ptaków - owszem - długie są, ale tak naprawdę to palce nadają im niesamowity wygląd. Paliczki palców są nieproporcjonalnie wręcz wydłużone, nadając tym drobnym, filigranowym istotkom wygląd takiego troszkę pluszowego Freddy'ego Kruegera. Wydłużone palce to przystosowanie długoszponów do środowiska, w którym żyją - pomagają im utrzymać się na gęstym chociaż chybotliwym dywanie wodnej roślinności pokrywającej starorzecza, stawy i jeziora w ich rodzinnych stronach. Pięknie opisał je Alfred Brehm w swoim wiekopomnym "Tierleben": "Długoszpony to ptaki niezmiernie powabne i łagodne, przydające swą obecnością tyle wdzięku i tak już Pięknym grzybieniom i innym tego typu roślinom, że ujmują każdego, jakkolwiek obyczajami nie całkiem pasują do tak dodatnio wywieranego wrażenia. Ich przechadzki po liściach, niezdolnych utrzymać żadnych innych ptaków tej wielkości, mają w sobie urok, któremu ulega każdy podróżny" (tłumaczenie dr Zuzanna Stromenger w polskim wydaniu z roku 1962 pod redakcją dr Jana Żabińskiego).
Długoszpon afrykański (Actophilornis africanus)
Inną anatomiczną ciekawostką długoszponów są ich skrzydła. W przeciwieństwie do większości innych ptaków, tutaj to samice górują wielkością nad męską połową populacji. Rozmnażają się w systemie poliandrycznym, to znaczy jedna samica wiąże się w sezonie z kilkoma różnymi samcami (piękne polskie określenie: "wielomęstwo"). Te są też odpowiedzialne za wysiadywanie jaj i to oni biorą młode pod swoje skrzydła. I to dosłownie! Ogrzewają je, układając między ciałem a lekko rozłożonymi skrzydłami. Samiec z gromadą długopalcych łap dyndających spod skrzydeł wygląda co najmniej konfundująco. Tak jak kościec stóp, tak i kościec kończyn piersiowych (czyli skrzydeł) jest u długoszponów zmodyfikowany - u niektórych gatunków kość promieniowa ulega spłaszczeniu i poszerzeniu, u innych poszerza się przestrzeń między kością promieniową a łokciową. No i dodatkowo u dwóch gatunków (długoszpon chiński (Hydrophasianus chirurgus) i "nasz filmowy" długoszpon żółtoczelny) występują kostne ostrogi sterczące z kości śródręcza o nie do końca jasnym przeznaczeniu.
Pisklę długoszpona krasnoczelnego (Jacana jacana)

Pisklę długoszpona krasnoczelnego (Jacana jacana)
Jeśli zagrożenie nadejdzie w momencie, gdy pisklęta nie moszczą się akurat w tatusiowym pierzu, młodziutkie długoszpony żółtoczelne mają jeszcze jeden trik w zanadrzu - nurkują! Pod wodą zastygają w bezruchu, ponad powierzchnię wystawiając jedynie dziób, by móc normalnie oddychać.
A najlepsze zostawiam na koniec... Tak, to właśnie pisklę długoszpona, konkretniej krasnoczelnego (Jacana jacana). Czy zobaczycie dzisiaj coś bardziej uroczego? 😉
Wykorzystana literatura:
● Brehm A. "Tierleben"
● Bosque C. i Herrera E.A. "“Snorkeling” by the Chicks of the Wattled Jacana"; The Wilson Bulletin
● Jenni D.A. i Collier G. "Polyandry in the American Jaçana (Jacana spinosa)"; The Auk

piątek, 24 września 2021

O skrzydlatych leśnikach co dąbrowy sadzą

Ktoś kiedyś sugerował, że Puszcza Białowieska została zasadzona przez człowieka. Ostatnio pewna Pani Poseł porównywała drzewa do pszenicy, twierdząc, że im starsze drzewo, tym więcej tlenu podstępnie wyciąga z atmosfery i go nam zabiera, stąd też wycinka starych drzew jest wręcz konieczna (mocny kandydat do tytułu Biologicznej Bzdury Roku 2021, oj mocny...). Zdrowe, dorodne drzewa idą pod topór z zupełnie prozaicznych powodów, bo zwyczajnie komuś przeszkadzają w realizacji planów czy nie komponują się z jego wizją rzeczywistości. A ja bym chciał Wam opowiedzieć dzisiaj o leśnikach, którzy swoją ciężką pracą przyczyniają się do wzrostu lesistości w naszym kraju. Którzy każdego roku zasadzają niezliczone ilości drzew i to zupełnie za darmo! Leśnikach, dzięki którym podziwiać możemy dąbrowy. Takich prawdziwych leśnikach, z krwi i kości. I piór...

Sójki (Garrulus glandarius) zna chyba każdy. Nawet jeśli nie z wyglądu, to przynajmniej z rozwrzeszczanego głosu, który często towarzyszy naszym wędrówkom po lasach. Te piękne i niezwykle interesujące ptaszyska, kuzynki wron, kawek i gawronów, to nieodłączny element naszych borów i kniei. W przeciwieństwie do większości krukowatej familii, wciąż opierają się pokusie synantropizacji. W miastach owszem, pojawiają się, ale trzymają się głównie kompleksów leśnych lub starych, naturalistycznych parków. W Warszawie dopiero w latach 70-tych XX wieku pojawiła się w parku Skaryszewskim, a dekadę później - w Łazienkach Królewskich.
Jak na krukowate (Corvidae) przystało, sójki są wszystkożerne, a swoje menu dostosowują do aktualnie panujących warunków pogodowych i pory roku. Kiedy obficie występują owady - zajadają się owadami. Gdy nastaje pora lęgowa drobniejszych wróblaków - plądrują ich gniazda, rabując jaja i pisklęta. Gdy nadciąga jesień... zaczyna się czas sadzenia lasów! Sójki są wybitnymi smakoszami żołędzi. Uwielbiają te owoce, podobnie jak np. gołębie grzywacze, dziki czy niektóre gryzonie. Jednak podczas gdy ich konkurenci do stołówki żołędzie zjadają w całości, sójki przyjmują inną taktykę, bardziej roztropną i zapobiegliwą. Sójki magazynują żołędzie na czarną godzinę. Gdy już zaspokoją aktualny głód, nie zaprzestają zrywania dojrzewających żołędzi. Gromadzą kilka w wolu i wyruszają z nimi w drogę do sobie tylko znanych punktów orientacyjnych. Zazwyczaj znajdują się one w odległości kilkudziesięciu - kilkuset metrów od owocującego drzewa, ale czasami dystans ten rośnie nawet do kilkunastu kilometrów! Co ciekawe, niektóre źródła wykazują, iż zdecydowanie najczęściej sójki ukrywają swoją zdobycz u podnóża starych sosen.
To mutualistyczne powiązanie ptak-drzewo określa się mianem zoochorii, czyli zwierzosiewności - roślina przyjęła taktykę rozprzestrzeniania swoich nasion przez zwierzęta. Konkretniej w tym przypadku mówimy o ornitochorii (rozprzestrzenianiu przez ptaki) poprzez synzoochorię, czyli gromadzenie nasion w "magazynach" na czarną godzinę.
O więziach łączących dęby i sójki może świadczyć przykład z Sycylii. W rejonie Fondo Micciulla w Palermo rósł tylko jeden dojrzały, owocujący okaz dębu ostrolistnego (Quercus ilex). Zasadzony około roku 1975, zaczął regularnie wytwarzać żołędzie w wieku około 25 lat. Nikt jednak nie odnotował w okolicy naturalnych odnowień, pojawienia się siewek aż do roku 2014. Interesujące, prawda? Co się przez te 10 lat zmieniło? Pojawiły się sójki, które wcześniej na tych terenach nie były odnotowywane. Wraz z ich osiedleniem, w okolicy zaczęły pojawiać się dębowe siewki.
Wykazano, że w ciągu sezonu pojedyncza sójka magazynuje nawet ponad 5,5 tysiąca żołędzi. Gdy znajdzie obfite ich źródło, często je odwiedza, połyka kilka, a gdy już jej wole i przełyk są pełne, bierze jeszcze jednego w dziób i leci ukrywać zdobyczne żołędzie po okolicy. Sójki są w stanie ocenić jakość każdego owocu, a także rozróżnić ich przynależność gatunkową. Wykazano bowiem, że zdecydowanie bardziej preferują żołędzie rodzimego dębu szypułkowego (Quercus robur) od inwazyjnego dęby czerwonego (Quercus rubra). Z całą pewnością sporej części spośród tych kilku tysięcy przezornie ukrytych owoców sójka nie wykorzysta. Z badań przeprowadzonych w Holandii wynikło wręcz, że w ptasich żołądkach wyląduje ostatecznie ledwie nieco ponad 16 ich procent. Nawet odliczając dalsze straty losowe, daje nam to olbrzymią liczbę zasadzonych drzew z potencjałem na przyszłe dąbrowy. Odpowiednio umoszczone w ściółce, ukryte przed innymi owocożercami, żołędzie, których sójka nie wykorzysta, mają doskonałe warunki do kiełkowania.
Wykorzystana literatura:
● Bieberich J. i wsp. "Acorns of introduced Quercus rubra are neglected by European jay but spread by mice"; Annals of Forest Research
● la Mantia T. i da Silveira Bueno R. "Colonization of Eurasian jay Garrulus glandarius and holm oaks Quercus ilex: the stablishment of ecological interactions in urban areas"; Avocetta
● Mitrus C. i Szabo J. "Foraging Eurasian jays (Garrulus glandarius) prefer oaks and acorns in central Europe"; Ornis Hungarica
● Olszewski A. i Brzeziecki B. "Rola sójki (Garrulus glandarius) w inicjowaniu przemian sukcesyjnych zbiorowisk leśnych z udziałem dębu (Quercus sp.)"; Sylwan
● Pons J. i Pausas J.G. "Not only size matters: acorn selection by the European jay (Garrulus glandarius)"; Acta Oecologica

czwartek, 3 grudnia 2020

O tym, że wszyscy jesteśmy rybami, a dinozaurom sypiemy ziarenka zimą...

Dawno mnie tu nie było, publikowałem głównie na Facebooku, ale z dzisiejszy tekst zmotywował mnie, by znów wrócić na bloga...

Tekst będzie długi i dosyć skomplikowany, ale myślę, że nader interesujący. Wiem, zazwyczaj gdy tak zaczynałem swój wpis, od razu odstraszało to sporą część czytelników i okazywało się, że zainteresowanie treścią jest niewielkie ;) Dlatego tym razem stworzyłem swoisty dodatek. Jeśli komuś nie chce się brnąć przez całość wpisu i chciałby skrót z tego wszystkiego, może przescrollować na sam dół, gdzie zrobiłem swoiste podsumowanie. Po przeczytaniu sam zadecydujesz, drogi Czytelniku, czy chcesz temat zgłębić bardziej, wracając do początku ;)


Ostatnio Weterynaryjne Wtorki na facebookowym profilu "Naturalnie w Warszawie, czyli nie samą weterynarią żyje człowiek" zostały zdominowane przez gadzich pacjentów (nie będę ukrywał - mam do nich słabość), co więc stoi na przeszkodzie, by pojawiły się także w Przyrodniczym Piątku? Tym bardziej, że większość z nas ma bardzo mgliste i częstokroć całkowicie błędne pojęcie na temat tego, czym tak naprawdę gady są...

I nie, nie chodzi mi tutaj o postrzeganie ich w kategoriach "obrzydliwych", "obślizgłych" i "paskudnych", jak ma w zwyczaju całkiem spora grupa społeczeństwa. Chodzi mi o ściśle naukowe podejście, definicję taksonomiczną. Zwykliśmy bowiem dzielić zwierzęta kręgowe na 5 podstawowych grup - ryby, płazy, gady, ptaki i ssaki. Podział ten jednak - choć zdaje się banalnie prosty - jest niezwykle niekompletny i zasadniczo BŁĘDNY. "Ryby" to pojęcie sztuczne i nieistniejące z naukowego punktu widzenia. Brakuje chociażby całej grupy bezszczękowców, czyli minogów (Hyperoartia) i śluzic (Myxini). To, co my określamy jako "ryby", to przedstawiciele co najmniej kilku osobnych i wcale nie tak blisko ze sobą spokrewnionych gromad, jak Placodermi (wymarłe ryby pancerne), Chondrichthyes (rekiny, płaszczki i chimery), Actinopterygii (promieniopłetwe, a więc znaczna większość znanych nam "ryb", od karpia czy szczupaka poczynając, przez piranie, flądry, tuńczyki, na pandze czy węgorzu kończąc) oraz Sarcopterygii (mięśniopłetwe, które są źródłem jednego z największych twistów fabularnych w całej taksonomii, ale o tym na sam koniec). Ale, ale... My tu - nomen omen - gadu gadu o rybach, a skupić się mieliśmy na gadach. No więc gady... Powszechnie znane jako gromada Reptilia, pierwsze stworzenia w całości uniezależnione w swym rozwoju od wody, podzielone, według wiedzy przeciętnego obywatela, na żółwie, krokodyle, jaszczurki i węże. Proste, prawda? Otóż nie!

 Dunkleosteus sp. - największy przedstawiciel wymarłej gromady Placodermi, zwanej rybami pancernymi

Zacznijmy od tego, że osoba nieco bardziej obeznana z niuansami biologicznymi wie, że jaszczurki i węże łączone są ze sobą w rząd łuskonośnych (Squamata). Oprócz nich do tego rzędu zalicza się jeszcze praktycznie w Polsce nieznane amfisbeny (zwane też obrączkowcami lub zwitnikami) - tajemnicze, głównie podziemne ni to węże, ni to jaszczurki, coś na kształt pokrytej łuskami podługowatej parówki z małymi krecimi łapkami (choć wiele gatunków tych łapek nie ma). Wygooglujcie sobie zdjęcia zwierzątka o nazwie Bipes biporus, a zrozumiecie... Mamy więc jaszczurki, węże, amfisbeny, ale również... wymarłe kilkunastometrowe mozazaury, siejące terror w płytkich, ciepłych morzach później kredy, u schyłku panowania na Ziemi dinozaurów. Całkiem wesoła gromadka... Co więcej, okazuje się, że linia podziału między nimi wcale nie jest tak drastyczna, jak wynikałoby z powyższego opisu. Bo amfisbeny są bliżej spokrewnione z naszą rodzimą jaszczurką zwinką (Lacerta agilis), niż zwinka z - powiedzmy - pierwszym lepszym gekonem. Ba! Zaskroniec zwyczajny (Natrix natrix) oplata na drzewie genealogicznym gałąź bliższą agamie, legwanowi czy kameleonowi, podczas gdy wspomniane gekony znajdują się na konarze z drugiej strony pnia owego drzewa! O tym już nieco wspominałem, gdy pisałem o "jadowitości agam brodatych (Pogona vitticeps) i o tym, że wraz z wężami, waranami, padalcami i helodermami tworzą jednolitą grupę określaną jako Toxicofera (na koniec wstawie link do tego wpisu). Czyli widzimy jasno, że pojęcie "jaszczurki" czy "węża" znowu jest sztucznie wygenerowanym uproszczeniem, opartym wyłącznie o cechy wyglądu zewnętrznego, skoro niektóre "jaszczurki" są ze sobą znacznie mniej spokrewnione niż z "wężami". Taksonomicznie ten podział nie ma najmniejszych podstaw.

Morelia viridis - pyton zielony, reprezentant "węży"


Pogona vitticeps - agama brodata, reprezentant "jaszczurek"

Idziemy dalej? Dziś powszechnie uważa się, że gady, a więc gromada Reptilia, to takson parafiletyczny, czyli niegrupujący wszystkich potomków wspólnego przodka. Taksony parafiletyczne są swoistymi "bublami" taksonomicznymi, nie spełniają one bowiem w pełni swojego podstawowego zadania, czyli porządkowania świata ożywionego. Na czym polega parafiletyzm gadów? Póki co poznaliśmy w miarę jeden z ledwie kilku współcześnie jeszcze istniejących rzędów - Squamata (przypomnę - "węże", "jaszczurki" i "amfisbeny"). Dosyć blisko z nimi spokrewnione są jeszcze sfenodonty (Sphenodontia), nieco lepiej znane pod nazwą hatterii lub tuatar. Z tej niegdyś całkiem liczebnej grupy dzisiejszych czasów w nowozelandzkiej głuszy dotrwał ledwie jeden reliktowy gatunek - Sphenodon punctatus (chociaż niektórzy wyodrębniają jeszcze Sphenodon guntheri, ale to pozostaje kwestią sporną). Squamata i Sphenodontia są przedstawicielami linii określanej jako lepidozauromorfy. Setki milionów lat temu w nieco innym kierunku poszły tzw. archozauromorfy, których przedstawicielami są dzisiaj krokodyle (Crocodilia) oraz... O tym za chwilę. Istotne jest to, że spośród wymarłych zwierząt, archozauromorfami były m.in. przedstawiciele rzędów Ornithischia (dinozaury ptasiomiedniczne), Saurischia (dinozaury gadziomiedniczne) czy Pterosauria (pterozaury, jedyne gady, które uzyskały zdolność aktywnego lotu). Pytanie o umiejscowienie w tym wszystkim ostatniego znanego dziś rzędu gadów - żółwi (Chelonia) - pozostaje nadal otwarte, chociaż ta jedna z najbardziej pierwotnych gałęzi rozwojowych obecnie lokowana jest bliżej krokodyli, jako grupa siostrzana archozauromorfów.


Crocodylus rhombifer - krokodyl kubański


Stigmochelys pardalis - żółw lamparci
Gallus domesticus - kura domowa, reprezentant współcześnie żyjących dinozaurów 

Jesteście tam jeszcze? Powoli dobijamy do brzegu i szokujących wniosków. Wiemy już, że "węże" nie są osobną grupą względem "jaszczurek", a raczej jedną z ich gałęzi rozwojowych. Wiemy, czym jest takson parafiletyczny i że archozauromorfy grupowały krokodyle i dinozaury wszelkiej maści. To teraz dodajmy do tego pewien fakt, o którym już kiedyś na "Naturalnie..." pisałem... Współczesne ptaki obecnie uchodzą nie tyle za potomków dinozaurów (konkretnie teropodów), co za ich reprezentantów. Jeśli zatem ptaki - od wróbla, przez pingwina po skrzeczącą mi właśnie za oknem mewę - są reprezentantami dinozaurów (pikanterii sprawie dodaje fakt, że akurat tych gadzio-, a nie ptasiomiednicznych ;) ), oznacza to, że powinny być zaliczane do gromady Reptilia. I dopiero wówczas takson ten uzyskałby status monofiletycznego (a więc grupującego wszystkich potomków jednego wspólnego przodka).

Kentrosaurus aethiopicus - reprezentant wymarłych dinozaurów

PODSUMOWANIE!
Co powinniście zapamiętać z dzisiejszego wpisu? Kilka rzeczy, które zaraz Wam wypunktuję:
❶ Kladystyka to wredna i podstępna dziedzina, którą zajmować się mogą tylko najbardziej odporni psychicznie ;)
❷ Codziennie w drodze do pracy, na spacerze z psem czy wycieczce do lasu mijamy stada dinozaurów, kuzynów sławnego T.rexa, którym zimą czasem sypiemy troszkę ziarenek do karmnika
Wróbel, sikorka, kura czy struś z naukowego punktu widzenia są gadami
❹ Z kolei gady, płazy, ale także ssaki, w tym my, ludzie... wszyscy jesteśmy... rybami mięśniopłetwymi. Pamiętacie wymienianą na samym początku tekstu gromadę Sarcopterygii? Jako że wypełzając na ląd dały one początek wszelkim czworonogom, z punktu widzenia kladystyki jesteśmy ich przedstawicielami na równi z ostatnimi ich współczesnymi typowo "rybimi" relikatami - latimeriami (Latimeria chalumnae i Latimeria menadoensis) oraz dwudysznymi prapłetwcami (Protopterus sp.), prapłaźcem (Lepidosiren paradoxa) i rogozębem australijskim (Neoceratodus forsteri)

Lepidosiren paradoxa - prapłaziec

Z tą nową świadomością życzę Wam wszystkim miłego weekendu ;)

Wykorzystana literatura:
● Betancur-R R. i wsp. "Phylogenetic classification of bony fishes"; BMC Evolutionary Biology
● Feduccia A. "Birds Are Dinosaurs: Simple Answer to a Complex Problem"; The Auk
● Fry B.G. i wsp. "Evolution and diversification of the Toxicofera reptile venom system"; Journal of Proteomics
● Hedges S.B. i Poling L.L. "A Molecular Phylogeny of Reptiles"; Science
● Makovicky P.J. i Zanno L. "Living Dinosaurs: The Evolutionary History of Modern Birds"
● Modesto S.P. i Anderson J.S. "The Phylogenetic Definition of Reptilia"; Systematic Biology

poniedziałek, 5 października 2020

"Ropka pod oczkiem", czyli 0 tym, że problem z okiem może być spowodowany zębami

    "Ropka pod oczkiem" - brzmiał wpis w grafiku, anonsujący jednego z chomiczych pacjentów zapisanych do mnie któregoś wrześniowego dnia. "Ropka pod oczkiem" rodzi wiele podejrzeń. Może być to kwestia po prostu zapalenia spojówek, wynikającego z podrażnienia ich na przykład pylącą ściółką. Drobiny kurzu osiadają na powierzchni spojówki i powodują stan zapalny. Wszyscy wiemy, jak irytujący jest stan, gdy "coś nam wpadnie do oka". Gdy "ropka pod oczkiem" dotyczy świnek morskich albo królików, sprawa robi się bardziej skomplikowana, gdyż u nich "problem z oczkiem" bardzo często okazuje się być kwestią nie tyle okulistyczną, co pierwotnie stomatologiczną w swej istocie. U tych ssaków zęby "policzkowe", a więc trzonowce i przedtrzonowce są tak specyficznie zbudowane, że rosną przez całe życie (o hypselodontyzmie - bo tak się to mądrze nazywa - jeszcze kiedyś napiszę w osobnym wpisie), a przy zaburzeniach tego wzrostu może dojść do sytuacji, gdy tkwiący w kościach szczęki fragment korony zębowej zacznie od wewnątrz uciskać na kanał nosowo-łzowy ("tunel" w kościach czaszki, dzięki któremu nadmiar produkowanych łez odprowadzany jest do jamy nosowej) lub bezpośrednio podrażniać gałkę oczną. Chomiki jednak należą do tych gryzoni, u których stały wzrost obserwuje się jedynie w przypadku siekaczy - tych przednich, najbardziej rzucających się w oczy zębów. Czy zatem możemy u nich z góry wykluczyć zęby jako przyczynę "ropki z oka"?


    Okazuje się, że nie! Gdy chomik dżungarski (Phodopus sungorus) trafił na wizytę, owa "ropka" okazała się być... zębem! Prawym górnym siekaczem, żeby być dokładnym. Ten, z jakichś powodów nie znajdując powierzchni ściernej w swoim dolnym odpowiedniku, zaczął przerastać w sposób niekontrolowany. A że natura nadała mu dosyć wyraźnie zakrzywiony kształt, w pewnym momencie zaczął "zawracać" do wnętrza jamy ustnej. Tam napotkał podniebienie, ale i to nie było dla niego przeszkodą - po prostu w nie wrósł, aż w swym dążeniu do nieustannego wzrostu znów zaczął się zawijać, tym razem w stronę nosa. Na szczęście ominął jamę nosową i przebił się na zewnątrz przez skórę, uwidaczniając mniej więcej w połowie długości odcinka prawe oko-prawe nozdrze. Z początku nie byłem do końca świadom, na co patrzę. Gdy maleńkiego i jakże żwawego pacjenta wziąłem do ręki, myślałem że to jakaś nietypowa brodawka. Jednak dokładniejsza inspekcja ujawniła, że prawda jest zdecydowanie bardziej spektakularna.

Widok ogólny na pacjenta

Prawy górny siekacz o cechach skrajnego przerostu

    Mały gryzoń został znieczulony, ząb odpowiednio skrócony, a drobny zabieg chirurgiczny pozwolił usunąć jego fragment tkwiący w tkankach. Jakimś cudem zwierzaczek radził sobie z jedzeniem na tyle dobrze, że nie wychudł i mimo tak poważnego utrudnienia, najwyraźniej przyjmował wystarczającą ilość kalorii, by utrzymać wagę i typowo chomiczą aktywność. Jak długo musiał trwać ten stan? Z pewnością przerost nie nastąpił w kilka dni. Tempo wzrostu siekaczy jest stosunkowo szybkie i u królików wynosi nawet niemal 4 mm na tydzień, u szczurów - około 2,5 mm na tydzień i tyleż samo u susła Richardsona (Urocitellus richardsonii), obecnie znanego również jako susłogon preriowy. Tempo wzrostu u zwierząt utrzymywanych w domach jest raczej stałe, jednak u gatunków zasiedlających tereny o wyraźnych cyklach rocznych da się zaobserwować różnice w tempie wzrostu siekaczy wraz ze zmieniającymi się porami roku. Na przykład u bobra kanadyjskiego (Castor canadensis) tempo wzrostu górnych siekaczy wyraźnie spowalnia pod koniec lata, wraz z nastaniem jesieni, co naukowcy zaobserwowali pod obiektywami mikroskopów w histologicznej budowie zębiny. Okazuje się, że da się z niej "czytać" nieco podobnie jak ze słojów na przekroju pnia - temperatura otoczenia czy długość dnia świetlnego wpływa na szerokość poszczególnych pasm okołowierzchołkowych, ukazując mniej lub bardziej intensywny przyrost zębów na długość. W literaturze spotkać się można wręcz ze stwierdzeniem "strefy hibernacyjne" w przypadku gatunków zapadających w sen zimowy. Weźmy na przykład wspomnianego susłogona, u którego zimowy przyrost zębiny wynosił mniej niż 3% tempa przyrostu w okresie wiosenno-letnim. Co ciekawe, wzrost dolnych siekaczy (przynajmniej u bobrów) wydaje się być niewrażliwy na zmienność warunków klimatycznych. Wspomnieć też należy, że tempo przyrostu siekaczy na długość zmniejsza się wraz z wiekiem zwierzęcia. Potwierdzono to m.in. u susłów długoogoniastych alias susłogonów falistych (Urocitellus undulatus), myszarek polnych (Apodemus agrarius), myszarek leśnych (Apodemus flavicollis) czy świstaków ałtajsko-tiańszańskich (Marmota baibacina).

Pacjent po korekcji uzębienia
    Nasz główny bohater miał sporo szczęścia - po odpowiednim skorygowaniu uzębienia dość szybko się wygoił, a kolejne profilaktyczne wizyty kontrolne mają na celu wczesne wykrycie przyszłych problemów i ich zapobieganie. Ciekawym jest fakt, że o ile w warunkach domowych problemy stomatologiczne to jedne z najczęstszych przyczyn wizyt gryzoni i zajęczaków w przychodniach weterynaryjnych, u dzikich zwierząt zdarzają się stosunkowo rzadko. Nie znaczy to jednak, że nie zdarzają się w ogóle... W 1993 roku myśliwy ustrzelił w Norwegii bobra europejskiego (Castor fiber) z wyraźnie przerośniętym lewym dolnym siekaczem. Mimo wyraźnej anomalii, kondycję zwierzęcia oceniono jako dobrą, a tuż przed śmiercią - według relacji myśliwego - obgryzał brzozową gałąź. Wprawdzie już wcześniej opisywano przypadki przerostów zębów u bobrów, ale dotyczyły one w zasadzie wyłącznie osobników w chowie sztucznym, w tym w Stacji Badawczej PAN w Popielnie.

Wykorzystana literatura:
● Goodwin H.T. i wsp. "Hibernation is Recorded in Lower Incisors of Recent and Fossil Ground Squirrels (Spermophilus)"; Journal of Mammology
● Klevezal G.A. i Shchepotkin D.V. "Incisor Growth Rate in Rodents and the Record of the Entire Annual Cycle in the Incisors of Marmota baibacina centralis"; Biology Bulletin
● Klevezal G.A. i wsp. "Specific Features of the Record of Hibernation on the Incisor Surface in Allocricetulus Hamsters"; Biology Bulletin
● Klevezal G.A. i wsp. "Hibernation Records on the Surface of Incisors in Radde’s Hamster (Mesocricetus raddei, Rodentia, Cricetidae) from Dagestan"; Bulletin of the Russian Academy of Sciences
● Klevezal G.A. i Anufriev A.I. "On the growth of incisors in ground squirrels (Spermophilus) during hibernation"; Biology Bulletin
● Mancinelli E. Capello V. "Anatomy and Disorders of the Oral Cavity of Rat-like and Squirrel-like Rodents"; Veterinary Clinics: Exotic Animal Practice
● Müller J. i wsp. "Growth and wear of incisor and cheek teeth in domestic rabbits (Oryctolagus cuniculus) fed diets of different abrasiveness"; Journal of Experimental Zoology Part A: Ecological and Integrative Physiology
● Rinaldi C. i Cole T.M. "Environmental seasonality and incremental growth rates of beaver (Castor canadensis) incisors: implications for palaeobiology"; Palaeogeography, Palaeoclimatology, Palaeoecology
● Rosell F. i Kile N.B. "Abnormal incisor growth in Eurasian beaver"; Acta Theriologica
● Żurowski W. i Krzywiński A. "Anomalies in the wear of incisors in the European beaver" Acta Theriologica

O kocich biedach

  Weterynaryjny Wtorek! Coś się od tematu kotów ostatnio nie można uwolnić, ale jak spływają dobre wieści, to warto o nich głośno mówić! Wra...