sobota, 25 września 2021

O długoszponach słów kilka

 Temat sam jakoś tak wyskoczył, a chyba nie będzie lepszej okazji na przedstawienie Wam tych ptaków, więc z chęcią skorzystam

Dopiero co analizowaliśmy jedną z tablic edukacyjnych Lasy Państwowe i zastanawialiśmy się, ile jest w naszym kraju gatunków słowików, a tu nagle pojawił się słynny już spot mający za zadanie promocję tejże instytucji, w której odnaleziono zasadniczą wpadkę - sugestię, jakoby w naszych tak doskonale zachowanych kniejach żyły... długoszpony. Po wytknięciu tego błędu, między innymi przez Adam Wajrak, film usunięto i długoszpona (najpewniej młodocianego osobnika długoszpona żółtoczelnego (Jacana spinosa)) podmieniono na swojskiego żurawia (Grus grus), ale okazja na bliższe zapoznanie się z długoszponami pozostała!
Długoszpon krasnoczelny (Jacana jaca)
Długoszpon... Cóż to w ogóle jest, bo brzmi dosyć groźnie... Długie szpony kojarzyć się mogą z jakimś drapieżcą złowrogim... A tymczasem długoszpony (Jacanidae) to niewielka, bo licząca zaledwie 8 współczesnych gatunków rodzina w obrębie rzędu siewkowych (Charadriiformes), a więc kuzyni mew, rybitw i bekasów. Wiele wskazuje na to, że najbliżej im genetycznie do złotosłonek (Rostratulidae), andówek (Thinocoridae) i dropiatek (Pedionomidae), czyli należą raczej do tej mniej znanej części siewkowego rodu. Rozpowszechnione są w Azji (2 gatunki), Ameryce Środkowej i Południowej (2 gatunki), Australii (1 gatunek) i Afryce (3 gatunki). Ich polska nazwa jest nieco myląca, bowiem szpony, tudzież pazury na końcach palców stóp u tych ptaków - owszem - długie są, ale tak naprawdę to palce nadają im niesamowity wygląd. Paliczki palców są nieproporcjonalnie wręcz wydłużone, nadając tym drobnym, filigranowym istotkom wygląd takiego troszkę pluszowego Freddy'ego Kruegera. Wydłużone palce to przystosowanie długoszponów do środowiska, w którym żyją - pomagają im utrzymać się na gęstym chociaż chybotliwym dywanie wodnej roślinności pokrywającej starorzecza, stawy i jeziora w ich rodzinnych stronach. Pięknie opisał je Alfred Brehm w swoim wiekopomnym "Tierleben": "Długoszpony to ptaki niezmiernie powabne i łagodne, przydające swą obecnością tyle wdzięku i tak już Pięknym grzybieniom i innym tego typu roślinom, że ujmują każdego, jakkolwiek obyczajami nie całkiem pasują do tak dodatnio wywieranego wrażenia. Ich przechadzki po liściach, niezdolnych utrzymać żadnych innych ptaków tej wielkości, mają w sobie urok, któremu ulega każdy podróżny" (tłumaczenie dr Zuzanna Stromenger w polskim wydaniu z roku 1962 pod redakcją dr Jana Żabińskiego).
Długoszpon afrykański (Actophilornis africanus)
Inną anatomiczną ciekawostką długoszponów są ich skrzydła. W przeciwieństwie do większości innych ptaków, tutaj to samice górują wielkością nad męską połową populacji. Rozmnażają się w systemie poliandrycznym, to znaczy jedna samica wiąże się w sezonie z kilkoma różnymi samcami (piękne polskie określenie: "wielomęstwo"). Te są też odpowiedzialne za wysiadywanie jaj i to oni biorą młode pod swoje skrzydła. I to dosłownie! Ogrzewają je, układając między ciałem a lekko rozłożonymi skrzydłami. Samiec z gromadą długopalcych łap dyndających spod skrzydeł wygląda co najmniej konfundująco. Tak jak kościec stóp, tak i kościec kończyn piersiowych (czyli skrzydeł) jest u długoszponów zmodyfikowany - u niektórych gatunków kość promieniowa ulega spłaszczeniu i poszerzeniu, u innych poszerza się przestrzeń między kością promieniową a łokciową. No i dodatkowo u dwóch gatunków (długoszpon chiński (Hydrophasianus chirurgus) i "nasz filmowy" długoszpon żółtoczelny) występują kostne ostrogi sterczące z kości śródręcza o nie do końca jasnym przeznaczeniu.
Pisklę długoszpona krasnoczelnego (Jacana jacana)

Pisklę długoszpona krasnoczelnego (Jacana jacana)
Jeśli zagrożenie nadejdzie w momencie, gdy pisklęta nie moszczą się akurat w tatusiowym pierzu, młodziutkie długoszpony żółtoczelne mają jeszcze jeden trik w zanadrzu - nurkują! Pod wodą zastygają w bezruchu, ponad powierzchnię wystawiając jedynie dziób, by móc normalnie oddychać.
A najlepsze zostawiam na koniec... Tak, to właśnie pisklę długoszpona, konkretniej krasnoczelnego (Jacana jacana). Czy zobaczycie dzisiaj coś bardziej uroczego? 😉
Wykorzystana literatura:
● Brehm A. "Tierleben"
● Bosque C. i Herrera E.A. "“Snorkeling” by the Chicks of the Wattled Jacana"; The Wilson Bulletin
● Jenni D.A. i Collier G. "Polyandry in the American Jaçana (Jacana spinosa)"; The Auk

piątek, 24 września 2021

O skrzydlatych leśnikach co dąbrowy sadzą

Ktoś kiedyś sugerował, że Puszcza Białowieska została zasadzona przez człowieka. Ostatnio pewna Pani Poseł porównywała drzewa do pszenicy, twierdząc, że im starsze drzewo, tym więcej tlenu podstępnie wyciąga z atmosfery i go nam zabiera, stąd też wycinka starych drzew jest wręcz konieczna (mocny kandydat do tytułu Biologicznej Bzdury Roku 2021, oj mocny...). Zdrowe, dorodne drzewa idą pod topór z zupełnie prozaicznych powodów, bo zwyczajnie komuś przeszkadzają w realizacji planów czy nie komponują się z jego wizją rzeczywistości. A ja bym chciał Wam opowiedzieć dzisiaj o leśnikach, którzy swoją ciężką pracą przyczyniają się do wzrostu lesistości w naszym kraju. Którzy każdego roku zasadzają niezliczone ilości drzew i to zupełnie za darmo! Leśnikach, dzięki którym podziwiać możemy dąbrowy. Takich prawdziwych leśnikach, z krwi i kości. I piór...

Sójki (Garrulus glandarius) zna chyba każdy. Nawet jeśli nie z wyglądu, to przynajmniej z rozwrzeszczanego głosu, który często towarzyszy naszym wędrówkom po lasach. Te piękne i niezwykle interesujące ptaszyska, kuzynki wron, kawek i gawronów, to nieodłączny element naszych borów i kniei. W przeciwieństwie do większości krukowatej familii, wciąż opierają się pokusie synantropizacji. W miastach owszem, pojawiają się, ale trzymają się głównie kompleksów leśnych lub starych, naturalistycznych parków. W Warszawie dopiero w latach 70-tych XX wieku pojawiła się w parku Skaryszewskim, a dekadę później - w Łazienkach Królewskich.
Jak na krukowate (Corvidae) przystało, sójki są wszystkożerne, a swoje menu dostosowują do aktualnie panujących warunków pogodowych i pory roku. Kiedy obficie występują owady - zajadają się owadami. Gdy nastaje pora lęgowa drobniejszych wróblaków - plądrują ich gniazda, rabując jaja i pisklęta. Gdy nadciąga jesień... zaczyna się czas sadzenia lasów! Sójki są wybitnymi smakoszami żołędzi. Uwielbiają te owoce, podobnie jak np. gołębie grzywacze, dziki czy niektóre gryzonie. Jednak podczas gdy ich konkurenci do stołówki żołędzie zjadają w całości, sójki przyjmują inną taktykę, bardziej roztropną i zapobiegliwą. Sójki magazynują żołędzie na czarną godzinę. Gdy już zaspokoją aktualny głód, nie zaprzestają zrywania dojrzewających żołędzi. Gromadzą kilka w wolu i wyruszają z nimi w drogę do sobie tylko znanych punktów orientacyjnych. Zazwyczaj znajdują się one w odległości kilkudziesięciu - kilkuset metrów od owocującego drzewa, ale czasami dystans ten rośnie nawet do kilkunastu kilometrów! Co ciekawe, niektóre źródła wykazują, iż zdecydowanie najczęściej sójki ukrywają swoją zdobycz u podnóża starych sosen.
To mutualistyczne powiązanie ptak-drzewo określa się mianem zoochorii, czyli zwierzosiewności - roślina przyjęła taktykę rozprzestrzeniania swoich nasion przez zwierzęta. Konkretniej w tym przypadku mówimy o ornitochorii (rozprzestrzenianiu przez ptaki) poprzez synzoochorię, czyli gromadzenie nasion w "magazynach" na czarną godzinę.
O więziach łączących dęby i sójki może świadczyć przykład z Sycylii. W rejonie Fondo Micciulla w Palermo rósł tylko jeden dojrzały, owocujący okaz dębu ostrolistnego (Quercus ilex). Zasadzony około roku 1975, zaczął regularnie wytwarzać żołędzie w wieku około 25 lat. Nikt jednak nie odnotował w okolicy naturalnych odnowień, pojawienia się siewek aż do roku 2014. Interesujące, prawda? Co się przez te 10 lat zmieniło? Pojawiły się sójki, które wcześniej na tych terenach nie były odnotowywane. Wraz z ich osiedleniem, w okolicy zaczęły pojawiać się dębowe siewki.
Wykazano, że w ciągu sezonu pojedyncza sójka magazynuje nawet ponad 5,5 tysiąca żołędzi. Gdy znajdzie obfite ich źródło, często je odwiedza, połyka kilka, a gdy już jej wole i przełyk są pełne, bierze jeszcze jednego w dziób i leci ukrywać zdobyczne żołędzie po okolicy. Sójki są w stanie ocenić jakość każdego owocu, a także rozróżnić ich przynależność gatunkową. Wykazano bowiem, że zdecydowanie bardziej preferują żołędzie rodzimego dębu szypułkowego (Quercus robur) od inwazyjnego dęby czerwonego (Quercus rubra). Z całą pewnością sporej części spośród tych kilku tysięcy przezornie ukrytych owoców sójka nie wykorzysta. Z badań przeprowadzonych w Holandii wynikło wręcz, że w ptasich żołądkach wyląduje ostatecznie ledwie nieco ponad 16 ich procent. Nawet odliczając dalsze straty losowe, daje nam to olbrzymią liczbę zasadzonych drzew z potencjałem na przyszłe dąbrowy. Odpowiednio umoszczone w ściółce, ukryte przed innymi owocożercami, żołędzie, których sójka nie wykorzysta, mają doskonałe warunki do kiełkowania.
Wykorzystana literatura:
● Bieberich J. i wsp. "Acorns of introduced Quercus rubra are neglected by European jay but spread by mice"; Annals of Forest Research
● la Mantia T. i da Silveira Bueno R. "Colonization of Eurasian jay Garrulus glandarius and holm oaks Quercus ilex: the stablishment of ecological interactions in urban areas"; Avocetta
● Mitrus C. i Szabo J. "Foraging Eurasian jays (Garrulus glandarius) prefer oaks and acorns in central Europe"; Ornis Hungarica
● Olszewski A. i Brzeziecki B. "Rola sójki (Garrulus glandarius) w inicjowaniu przemian sukcesyjnych zbiorowisk leśnych z udziałem dębu (Quercus sp.)"; Sylwan
● Pons J. i Pausas J.G. "Not only size matters: acorn selection by the European jay (Garrulus glandarius)"; Acta Oecologica

czwartek, 3 grudnia 2020

O tym, że wszyscy jesteśmy rybami, a dinozaurom sypiemy ziarenka zimą...

Dawno mnie tu nie było, publikowałem głównie na Facebooku, ale z dzisiejszy tekst zmotywował mnie, by znów wrócić na bloga...

Tekst będzie długi i dosyć skomplikowany, ale myślę, że nader interesujący. Wiem, zazwyczaj gdy tak zaczynałem swój wpis, od razu odstraszało to sporą część czytelników i okazywało się, że zainteresowanie treścią jest niewielkie ;) Dlatego tym razem stworzyłem swoisty dodatek. Jeśli komuś nie chce się brnąć przez całość wpisu i chciałby skrót z tego wszystkiego, może przescrollować na sam dół, gdzie zrobiłem swoiste podsumowanie. Po przeczytaniu sam zadecydujesz, drogi Czytelniku, czy chcesz temat zgłębić bardziej, wracając do początku ;)


Ostatnio Weterynaryjne Wtorki na facebookowym profilu "Naturalnie w Warszawie, czyli nie samą weterynarią żyje człowiek" zostały zdominowane przez gadzich pacjentów (nie będę ukrywał - mam do nich słabość), co więc stoi na przeszkodzie, by pojawiły się także w Przyrodniczym Piątku? Tym bardziej, że większość z nas ma bardzo mgliste i częstokroć całkowicie błędne pojęcie na temat tego, czym tak naprawdę gady są...

I nie, nie chodzi mi tutaj o postrzeganie ich w kategoriach "obrzydliwych", "obślizgłych" i "paskudnych", jak ma w zwyczaju całkiem spora grupa społeczeństwa. Chodzi mi o ściśle naukowe podejście, definicję taksonomiczną. Zwykliśmy bowiem dzielić zwierzęta kręgowe na 5 podstawowych grup - ryby, płazy, gady, ptaki i ssaki. Podział ten jednak - choć zdaje się banalnie prosty - jest niezwykle niekompletny i zasadniczo BŁĘDNY. "Ryby" to pojęcie sztuczne i nieistniejące z naukowego punktu widzenia. Brakuje chociażby całej grupy bezszczękowców, czyli minogów (Hyperoartia) i śluzic (Myxini). To, co my określamy jako "ryby", to przedstawiciele co najmniej kilku osobnych i wcale nie tak blisko ze sobą spokrewnionych gromad, jak Placodermi (wymarłe ryby pancerne), Chondrichthyes (rekiny, płaszczki i chimery), Actinopterygii (promieniopłetwe, a więc znaczna większość znanych nam "ryb", od karpia czy szczupaka poczynając, przez piranie, flądry, tuńczyki, na pandze czy węgorzu kończąc) oraz Sarcopterygii (mięśniopłetwe, które są źródłem jednego z największych twistów fabularnych w całej taksonomii, ale o tym na sam koniec). Ale, ale... My tu - nomen omen - gadu gadu o rybach, a skupić się mieliśmy na gadach. No więc gady... Powszechnie znane jako gromada Reptilia, pierwsze stworzenia w całości uniezależnione w swym rozwoju od wody, podzielone, według wiedzy przeciętnego obywatela, na żółwie, krokodyle, jaszczurki i węże. Proste, prawda? Otóż nie!

 Dunkleosteus sp. - największy przedstawiciel wymarłej gromady Placodermi, zwanej rybami pancernymi

Zacznijmy od tego, że osoba nieco bardziej obeznana z niuansami biologicznymi wie, że jaszczurki i węże łączone są ze sobą w rząd łuskonośnych (Squamata). Oprócz nich do tego rzędu zalicza się jeszcze praktycznie w Polsce nieznane amfisbeny (zwane też obrączkowcami lub zwitnikami) - tajemnicze, głównie podziemne ni to węże, ni to jaszczurki, coś na kształt pokrytej łuskami podługowatej parówki z małymi krecimi łapkami (choć wiele gatunków tych łapek nie ma). Wygooglujcie sobie zdjęcia zwierzątka o nazwie Bipes biporus, a zrozumiecie... Mamy więc jaszczurki, węże, amfisbeny, ale również... wymarłe kilkunastometrowe mozazaury, siejące terror w płytkich, ciepłych morzach później kredy, u schyłku panowania na Ziemi dinozaurów. Całkiem wesoła gromadka... Co więcej, okazuje się, że linia podziału między nimi wcale nie jest tak drastyczna, jak wynikałoby z powyższego opisu. Bo amfisbeny są bliżej spokrewnione z naszą rodzimą jaszczurką zwinką (Lacerta agilis), niż zwinka z - powiedzmy - pierwszym lepszym gekonem. Ba! Zaskroniec zwyczajny (Natrix natrix) oplata na drzewie genealogicznym gałąź bliższą agamie, legwanowi czy kameleonowi, podczas gdy wspomniane gekony znajdują się na konarze z drugiej strony pnia owego drzewa! O tym już nieco wspominałem, gdy pisałem o "jadowitości agam brodatych (Pogona vitticeps) i o tym, że wraz z wężami, waranami, padalcami i helodermami tworzą jednolitą grupę określaną jako Toxicofera (na koniec wstawie link do tego wpisu). Czyli widzimy jasno, że pojęcie "jaszczurki" czy "węża" znowu jest sztucznie wygenerowanym uproszczeniem, opartym wyłącznie o cechy wyglądu zewnętrznego, skoro niektóre "jaszczurki" są ze sobą znacznie mniej spokrewnione niż z "wężami". Taksonomicznie ten podział nie ma najmniejszych podstaw.

Morelia viridis - pyton zielony, reprezentant "węży"


Pogona vitticeps - agama brodata, reprezentant "jaszczurek"

Idziemy dalej? Dziś powszechnie uważa się, że gady, a więc gromada Reptilia, to takson parafiletyczny, czyli niegrupujący wszystkich potomków wspólnego przodka. Taksony parafiletyczne są swoistymi "bublami" taksonomicznymi, nie spełniają one bowiem w pełni swojego podstawowego zadania, czyli porządkowania świata ożywionego. Na czym polega parafiletyzm gadów? Póki co poznaliśmy w miarę jeden z ledwie kilku współcześnie jeszcze istniejących rzędów - Squamata (przypomnę - "węże", "jaszczurki" i "amfisbeny"). Dosyć blisko z nimi spokrewnione są jeszcze sfenodonty (Sphenodontia), nieco lepiej znane pod nazwą hatterii lub tuatar. Z tej niegdyś całkiem liczebnej grupy dzisiejszych czasów w nowozelandzkiej głuszy dotrwał ledwie jeden reliktowy gatunek - Sphenodon punctatus (chociaż niektórzy wyodrębniają jeszcze Sphenodon guntheri, ale to pozostaje kwestią sporną). Squamata i Sphenodontia są przedstawicielami linii określanej jako lepidozauromorfy. Setki milionów lat temu w nieco innym kierunku poszły tzw. archozauromorfy, których przedstawicielami są dzisiaj krokodyle (Crocodilia) oraz... O tym za chwilę. Istotne jest to, że spośród wymarłych zwierząt, archozauromorfami były m.in. przedstawiciele rzędów Ornithischia (dinozaury ptasiomiedniczne), Saurischia (dinozaury gadziomiedniczne) czy Pterosauria (pterozaury, jedyne gady, które uzyskały zdolność aktywnego lotu). Pytanie o umiejscowienie w tym wszystkim ostatniego znanego dziś rzędu gadów - żółwi (Chelonia) - pozostaje nadal otwarte, chociaż ta jedna z najbardziej pierwotnych gałęzi rozwojowych obecnie lokowana jest bliżej krokodyli, jako grupa siostrzana archozauromorfów.


Crocodylus rhombifer - krokodyl kubański


Stigmochelys pardalis - żółw lamparci
Gallus domesticus - kura domowa, reprezentant współcześnie żyjących dinozaurów 

Jesteście tam jeszcze? Powoli dobijamy do brzegu i szokujących wniosków. Wiemy już, że "węże" nie są osobną grupą względem "jaszczurek", a raczej jedną z ich gałęzi rozwojowych. Wiemy, czym jest takson parafiletyczny i że archozauromorfy grupowały krokodyle i dinozaury wszelkiej maści. To teraz dodajmy do tego pewien fakt, o którym już kiedyś na "Naturalnie..." pisałem... Współczesne ptaki obecnie uchodzą nie tyle za potomków dinozaurów (konkretnie teropodów), co za ich reprezentantów. Jeśli zatem ptaki - od wróbla, przez pingwina po skrzeczącą mi właśnie za oknem mewę - są reprezentantami dinozaurów (pikanterii sprawie dodaje fakt, że akurat tych gadzio-, a nie ptasiomiednicznych ;) ), oznacza to, że powinny być zaliczane do gromady Reptilia. I dopiero wówczas takson ten uzyskałby status monofiletycznego (a więc grupującego wszystkich potomków jednego wspólnego przodka).

Kentrosaurus aethiopicus - reprezentant wymarłych dinozaurów

PODSUMOWANIE!
Co powinniście zapamiętać z dzisiejszego wpisu? Kilka rzeczy, które zaraz Wam wypunktuję:
❶ Kladystyka to wredna i podstępna dziedzina, którą zajmować się mogą tylko najbardziej odporni psychicznie ;)
❷ Codziennie w drodze do pracy, na spacerze z psem czy wycieczce do lasu mijamy stada dinozaurów, kuzynów sławnego T.rexa, którym zimą czasem sypiemy troszkę ziarenek do karmnika
Wróbel, sikorka, kura czy struś z naukowego punktu widzenia są gadami
❹ Z kolei gady, płazy, ale także ssaki, w tym my, ludzie... wszyscy jesteśmy... rybami mięśniopłetwymi. Pamiętacie wymienianą na samym początku tekstu gromadę Sarcopterygii? Jako że wypełzając na ląd dały one początek wszelkim czworonogom, z punktu widzenia kladystyki jesteśmy ich przedstawicielami na równi z ostatnimi ich współczesnymi typowo "rybimi" relikatami - latimeriami (Latimeria chalumnae i Latimeria menadoensis) oraz dwudysznymi prapłetwcami (Protopterus sp.), prapłaźcem (Lepidosiren paradoxa) i rogozębem australijskim (Neoceratodus forsteri)

Lepidosiren paradoxa - prapłaziec

Z tą nową świadomością życzę Wam wszystkim miłego weekendu ;)

Wykorzystana literatura:
● Betancur-R R. i wsp. "Phylogenetic classification of bony fishes"; BMC Evolutionary Biology
● Feduccia A. "Birds Are Dinosaurs: Simple Answer to a Complex Problem"; The Auk
● Fry B.G. i wsp. "Evolution and diversification of the Toxicofera reptile venom system"; Journal of Proteomics
● Hedges S.B. i Poling L.L. "A Molecular Phylogeny of Reptiles"; Science
● Makovicky P.J. i Zanno L. "Living Dinosaurs: The Evolutionary History of Modern Birds"
● Modesto S.P. i Anderson J.S. "The Phylogenetic Definition of Reptilia"; Systematic Biology

poniedziałek, 5 października 2020

"Ropka pod oczkiem", czyli 0 tym, że problem z okiem może być spowodowany zębami

    "Ropka pod oczkiem" - brzmiał wpis w grafiku, anonsujący jednego z chomiczych pacjentów zapisanych do mnie któregoś wrześniowego dnia. "Ropka pod oczkiem" rodzi wiele podejrzeń. Może być to kwestia po prostu zapalenia spojówek, wynikającego z podrażnienia ich na przykład pylącą ściółką. Drobiny kurzu osiadają na powierzchni spojówki i powodują stan zapalny. Wszyscy wiemy, jak irytujący jest stan, gdy "coś nam wpadnie do oka". Gdy "ropka pod oczkiem" dotyczy świnek morskich albo królików, sprawa robi się bardziej skomplikowana, gdyż u nich "problem z oczkiem" bardzo często okazuje się być kwestią nie tyle okulistyczną, co pierwotnie stomatologiczną w swej istocie. U tych ssaków zęby "policzkowe", a więc trzonowce i przedtrzonowce są tak specyficznie zbudowane, że rosną przez całe życie (o hypselodontyzmie - bo tak się to mądrze nazywa - jeszcze kiedyś napiszę w osobnym wpisie), a przy zaburzeniach tego wzrostu może dojść do sytuacji, gdy tkwiący w kościach szczęki fragment korony zębowej zacznie od wewnątrz uciskać na kanał nosowo-łzowy ("tunel" w kościach czaszki, dzięki któremu nadmiar produkowanych łez odprowadzany jest do jamy nosowej) lub bezpośrednio podrażniać gałkę oczną. Chomiki jednak należą do tych gryzoni, u których stały wzrost obserwuje się jedynie w przypadku siekaczy - tych przednich, najbardziej rzucających się w oczy zębów. Czy zatem możemy u nich z góry wykluczyć zęby jako przyczynę "ropki z oka"?


    Okazuje się, że nie! Gdy chomik dżungarski (Phodopus sungorus) trafił na wizytę, owa "ropka" okazała się być... zębem! Prawym górnym siekaczem, żeby być dokładnym. Ten, z jakichś powodów nie znajdując powierzchni ściernej w swoim dolnym odpowiedniku, zaczął przerastać w sposób niekontrolowany. A że natura nadała mu dosyć wyraźnie zakrzywiony kształt, w pewnym momencie zaczął "zawracać" do wnętrza jamy ustnej. Tam napotkał podniebienie, ale i to nie było dla niego przeszkodą - po prostu w nie wrósł, aż w swym dążeniu do nieustannego wzrostu znów zaczął się zawijać, tym razem w stronę nosa. Na szczęście ominął jamę nosową i przebił się na zewnątrz przez skórę, uwidaczniając mniej więcej w połowie długości odcinka prawe oko-prawe nozdrze. Z początku nie byłem do końca świadom, na co patrzę. Gdy maleńkiego i jakże żwawego pacjenta wziąłem do ręki, myślałem że to jakaś nietypowa brodawka. Jednak dokładniejsza inspekcja ujawniła, że prawda jest zdecydowanie bardziej spektakularna.

Widok ogólny na pacjenta

Prawy górny siekacz o cechach skrajnego przerostu

    Mały gryzoń został znieczulony, ząb odpowiednio skrócony, a drobny zabieg chirurgiczny pozwolił usunąć jego fragment tkwiący w tkankach. Jakimś cudem zwierzaczek radził sobie z jedzeniem na tyle dobrze, że nie wychudł i mimo tak poważnego utrudnienia, najwyraźniej przyjmował wystarczającą ilość kalorii, by utrzymać wagę i typowo chomiczą aktywność. Jak długo musiał trwać ten stan? Z pewnością przerost nie nastąpił w kilka dni. Tempo wzrostu siekaczy jest stosunkowo szybkie i u królików wynosi nawet niemal 4 mm na tydzień, u szczurów - około 2,5 mm na tydzień i tyleż samo u susła Richardsona (Urocitellus richardsonii), obecnie znanego również jako susłogon preriowy. Tempo wzrostu u zwierząt utrzymywanych w domach jest raczej stałe, jednak u gatunków zasiedlających tereny o wyraźnych cyklach rocznych da się zaobserwować różnice w tempie wzrostu siekaczy wraz ze zmieniającymi się porami roku. Na przykład u bobra kanadyjskiego (Castor canadensis) tempo wzrostu górnych siekaczy wyraźnie spowalnia pod koniec lata, wraz z nastaniem jesieni, co naukowcy zaobserwowali pod obiektywami mikroskopów w histologicznej budowie zębiny. Okazuje się, że da się z niej "czytać" nieco podobnie jak ze słojów na przekroju pnia - temperatura otoczenia czy długość dnia świetlnego wpływa na szerokość poszczególnych pasm okołowierzchołkowych, ukazując mniej lub bardziej intensywny przyrost zębów na długość. W literaturze spotkać się można wręcz ze stwierdzeniem "strefy hibernacyjne" w przypadku gatunków zapadających w sen zimowy. Weźmy na przykład wspomnianego susłogona, u którego zimowy przyrost zębiny wynosił mniej niż 3% tempa przyrostu w okresie wiosenno-letnim. Co ciekawe, wzrost dolnych siekaczy (przynajmniej u bobrów) wydaje się być niewrażliwy na zmienność warunków klimatycznych. Wspomnieć też należy, że tempo przyrostu siekaczy na długość zmniejsza się wraz z wiekiem zwierzęcia. Potwierdzono to m.in. u susłów długoogoniastych alias susłogonów falistych (Urocitellus undulatus), myszarek polnych (Apodemus agrarius), myszarek leśnych (Apodemus flavicollis) czy świstaków ałtajsko-tiańszańskich (Marmota baibacina).

Pacjent po korekcji uzębienia
    Nasz główny bohater miał sporo szczęścia - po odpowiednim skorygowaniu uzębienia dość szybko się wygoił, a kolejne profilaktyczne wizyty kontrolne mają na celu wczesne wykrycie przyszłych problemów i ich zapobieganie. Ciekawym jest fakt, że o ile w warunkach domowych problemy stomatologiczne to jedne z najczęstszych przyczyn wizyt gryzoni i zajęczaków w przychodniach weterynaryjnych, u dzikich zwierząt zdarzają się stosunkowo rzadko. Nie znaczy to jednak, że nie zdarzają się w ogóle... W 1993 roku myśliwy ustrzelił w Norwegii bobra europejskiego (Castor fiber) z wyraźnie przerośniętym lewym dolnym siekaczem. Mimo wyraźnej anomalii, kondycję zwierzęcia oceniono jako dobrą, a tuż przed śmiercią - według relacji myśliwego - obgryzał brzozową gałąź. Wprawdzie już wcześniej opisywano przypadki przerostów zębów u bobrów, ale dotyczyły one w zasadzie wyłącznie osobników w chowie sztucznym, w tym w Stacji Badawczej PAN w Popielnie.

Wykorzystana literatura:
● Goodwin H.T. i wsp. "Hibernation is Recorded in Lower Incisors of Recent and Fossil Ground Squirrels (Spermophilus)"; Journal of Mammology
● Klevezal G.A. i Shchepotkin D.V. "Incisor Growth Rate in Rodents and the Record of the Entire Annual Cycle in the Incisors of Marmota baibacina centralis"; Biology Bulletin
● Klevezal G.A. i wsp. "Specific Features of the Record of Hibernation on the Incisor Surface in Allocricetulus Hamsters"; Biology Bulletin
● Klevezal G.A. i wsp. "Hibernation Records on the Surface of Incisors in Radde’s Hamster (Mesocricetus raddei, Rodentia, Cricetidae) from Dagestan"; Bulletin of the Russian Academy of Sciences
● Klevezal G.A. i Anufriev A.I. "On the growth of incisors in ground squirrels (Spermophilus) during hibernation"; Biology Bulletin
● Mancinelli E. Capello V. "Anatomy and Disorders of the Oral Cavity of Rat-like and Squirrel-like Rodents"; Veterinary Clinics: Exotic Animal Practice
● Müller J. i wsp. "Growth and wear of incisor and cheek teeth in domestic rabbits (Oryctolagus cuniculus) fed diets of different abrasiveness"; Journal of Experimental Zoology Part A: Ecological and Integrative Physiology
● Rinaldi C. i Cole T.M. "Environmental seasonality and incremental growth rates of beaver (Castor canadensis) incisors: implications for palaeobiology"; Palaeogeography, Palaeoclimatology, Palaeoecology
● Rosell F. i Kile N.B. "Abnormal incisor growth in Eurasian beaver"; Acta Theriologica
● Żurowski W. i Krzywiński A. "Anomalies in the wear of incisors in the European beaver" Acta Theriologica

czwartek, 24 września 2020

O tym, że mimozami jesień (zazwyczaj) się nie zaczyna

 Przyrodniczy Piątek!


    Od wielu lat "walczę" z ugruntowanym w społeczeństwie przeświadczeniem na temat tego, że "mimozami jesień się zaczyna". Tłumaczę, wyjaśniam, informuję... A tymczasem w tym roku, akurat na sam początek astronomicznej i kalendarzowej jesieni na parapecie mojego okna zakwitła mi mimoza... Tyle że ta prawdziwa, botaniczna mimoza... Niezrażony jednak tym ewidentnym trollingiem ze strony pielęgnowanej przeze mnie rośliny, ponownie poruszę ten temat także dzisiaj ;)


Mimoza wstydliwa (Mimosa pudica) na moim oknie - w tym roku swym kwitnieniem faktycznie rozpoczęła jesień

    Ciężko jest się sprzeczać z autorytetami i wytykać im błędy, ale z okazji rozpoczętej jesieni o jednym takim kardynalnym błędzie wspomnieć muszę... Usprawiedliwię się tym, że Julian Tuwim nie miał wykształcenia botanicznego i zapewne po prostu powielił powszechnie popełniany błąd nomenklaturalny. Bo któż z nas nie kojarzy pierwszych wersów początkowej zwrotki "Wspomnienia" Tuwima, w których to autor identyfikuje "złotawą, kruchą i miłą" jesień z początkiem okresu kwitnienia mimoz. I choć utwór w całości jest niezwykle piękny i klimatyczny (a z muzyką Marka Sarta i w wykonaniu Czesława Niemena niemal magiczny), opiera się na podwójnie błędnych założeniach!

Kwiatostan nawłoci kanadyjskiej (Solidago canadensis)

    Wykonanie Niemena znałem od dziecka, podobnie jak określenie "mimoza", bo tak owe żółte kwiatostany nazywała Mama. Z czasem jednak, gdy moja ciekawość świata się rozwijała, a umysł pragnął poznawania i dokładniejszego identyfikowania tego, co rośnie i hasa po polu i trawniku, pojawiły się wątpliwości. Wszak książki (bo były to jeszcze czasy, kiedy dostęp do Internetu nie był tak oczywisty jak dziś... wiem... jestem już stary... ;) ) informowały, że mimoza to roślina tropikalna, rodem z Ameryki Południowej, że w klimacie umiarkowanym sobie nie poradzi. Czemu więc ma być symbolem polskiej jesieni? Byłem niezmiernie dumny z siebie, gdy odkryłem prawdziwą, botaniczną tożsamość "polskiej mimozy" - nawłoci, czyli roślin z rodzaju Solidago! Problem w tym, że nawłocie masowo kwitnąć zaczynają już w lipcu, gdy o jesieni nikt stara się jeszcze nie myśleć. Z tą "polskością" to też nie jest do końca prawda, bo choć mamy dwa rodzime gatunki, to masowo występujące u nas nawłocie - późna (Solidago gigantea) i kanadyjska (Solidago canadensis) - to groźne rośliny inwazyjne zza Atlantyku (swoją drogą... wiedzieliście, że obecnie mamy 5 oceanów? Od 2000 roku funkcjonuje oficjalnie w geografii Ocean Południowy, okalający Antarktydę). I przy swojej inwazyjności i ekspansywnej naturze z całą pewnością nie są kruche ani delikatne...

Zarośla nawłoci kanadyjskiej (Solidago canadensis)

    Skąd ta zakorzeniona głęboko w naszej rzeczywistości pomyłka? Nie mam pojęcia... Próbowałem ustalić jej źródło, ale bezskutecznie... Jedyne, co łączy mimozy z nawłociami to żółty kolor kwiatów, a i ten występuje tylko u niektórych gatunków mimoz. Te soczyście żółte możemy podziwiać wiosną, spacerując ulicami londyńskiego Westminsteru - rosną tam całkiem pokaźne okazy drzewiastego gatunku Mimosa scabrella. Ani to wizualnie podobne do siebie, ani ze sobą spokrewnione (mimozy należą do rodziny bobowatych [a więc jest jej blisko do fasoli i grochu], a nawłocie - do astrowatych). Co więcej... W języku polskim określenie mimoza kojarzy się nam z czymś delikatnym, zwiewnym, niezbyt pochlebnie "mimozą" nazywamy kogoś nadto delikatnego i przewrażliwionego... A zagarniająca kolejne hektary nawłoć to taki bardziej roślinny chuligan... No dobra... niniejszym znalazłem jedno podobieństwo - tak jak u nas amerykańskie nawłocie są biologicznymi najeźdźcami, tak niektóre rejony Ameryki (np. Hawaje) cierpią z powodu inwazji mimozy wstydliwej (Mimosa pudica) - tej samej, która właśnie swoje pomponiaste kwiatostany rozwija metr ode mnie, na parapecie północno-wschodniego okna.

Zarośla nawłoci późnej (Solidago gigantea)

    A na koniec ciekawostka etnobotaniczna. Pewnie niektórzy z Was słyszeli o ayahuasce, czyli "lianie dusz", rytualnym psychodeliku używanym przez południowoamerykańskich szamanów. No więc w skład mieszanki wchodzi między innymi jeden z gatunków mimozy - Mimosa tenuiflora.

Mimoza wstydliwa (Mimosa pudica)

Wykorzystana literatura:
● Gaujac A. i wsp. "Determination of N,N-dimethyltryptamine in Mimosa tenuiflora inner barks by matrix solid-phase dispersion procedure and GC–MS"; Journal of Chromatography B
● Gehlot H.S. i wsp. "An invasive Mimosa in India does not adopt the symbionts of its native relatives"; Annals of Botany
● de Lucena R.F.P. i wsp. "Traditional knowledge and use of Mimosa tenuiflora (Wild.) Poir. (jurema-preta) in the semi-arid region from Northeastern Brazil"; Gaia Scientia

czwartek, 10 września 2020

O szczepieniach i komarach, czyli królicza profilaktyka

    Wspomniałem we wtorek, że ten tydzień poświęcamy głównie królikom, więc oto drugi z bardzo ważnych tematów dotyczących tych "uszaków". Temat poruszałem na "Naturalnie w Warszawie..." już kilkakrotnie, rokrocznie w marcu przypominając o konieczności szczepienia przeciwko myksomatozie. Ostatnie tygodnie to istny wysyp przypadków myksomatozy, co widać zarówno po liczbie zgłoszeń do przychodni, w której pracuję, jak i po liczbie wpisów na ten temat na różnych króliczych forach. Tak - ten rok jest wybitnie "wirusowy". Problem w tym, że aby ochronić się przed zarażeniem, królikom nie wystarczą maseczki (których my, ludzie (a przynajmniej część społeczeństwa), z jakichś niezrozumiałych dla mnie powodów tak bardzo nie chcemy zaakceptować, powołując się m.in. na prawa wolności osobistej i inne górnolotne argumenty...). Ale pozwólcie, że problem myksomatozy przybliżę po raz kolejny, powołując się na wcześniejsze wpisy.

Typowe objawy myksomatozy - tzw. "lwia głowa" - obrzęki powiek, nosa i uszu

    O szczepieniach psów i kotów wiedzą wszyscy ich posiadacze. Chociaż króliki od psów i kotów różnią się niemal pod każdym względem, to łatwo znaleźć jeden wspólny mianownik – należy je szczepić! Nie na te same choroby, oczywiście – skoro są to tak odmienne zwierzęta, to i dolegliwości miewają różne. A jedną z najgroźniejszych zakaźnych chorób króliczych jest MYKSOMATOZA. Odpowiedzialny za jej rozwój jest wirus z rodzaju Leporipoxvirus, przenoszony bądź przez kontakt bezpośredni między zdrowym a chorym królikiem, bądź z pomocą tak zwanych wektorów – owadów odżywiających się krwią (komary, pchły). Stąd też zachorować mogą nawet osobniki, które nie mają styczności z innymi przedstawicielami swojego gatunku. A zaznaczyć trzeba, że myksomatoza u dzikich i domowych królików jest chorobą wysoce śmiertelną! Kończy się śmiercią w 70-100%!! To oznacza, że jeśli zwierzę zachoruje, szanse na jego wyleczenie są bardzo niewielkie. Dlaczego tak jest i skąd ta zjadliwość patogenu? Leporipoxvirus pochodzi z Ameryk, gdzie nasze króliki europejskie (Oryctolagus cuniculus), protoplaści wszystkich udomowionych form, nie występują. Żyją natomiast króliki z rodzaju Sylvilagus, jak chociażby królak brazylijski (Sylvilagus brasiliensis), u których patogen występował od setek lat, a choroba, dzięki tak długiemu "dojrzewaniu" relacji patogen-żywiciel, przebiega nieporównywalnie łagodniej, w postaci skórnych włókniaków. Gdy wirus przedostał się (a właściwie celowo został przywieziony) z Ameryki do Europy (1952 rok, Francja) – pojawiły się zachorowania wśród tutejszych zajęczaków, całkowicie nieprzystosowanych do „walki” z nowym problemem. I tak trwa on do dziś. Podobnie jest w Australii, gdzie króliki stały się istną plagą, a wirus trafiał dwukrotnie - w 1919 roku, nie wywołując wielkiej epidemii, oraz w 1950 roku. Wprawdzie w ostatnich latach obserwuje się przypadki łagodniejszych lub atypowych przebiegów myksomatozy u królików (np. w postaci przewlekłych, niereagujących na antybiotykoterapię zapaleń układu oddechowego), choroba nadal pozostaje olbrzymi zagrożeniem! Na szczęście, istnieje prosty i skuteczny sposób zapobiegania rozwojowi choroby!


    Stąd bardzo ważny apel – SZCZEPMY naszych uszastych podopiecznych! To jedyny sposób, by zabezpieczyć je przed tą śmiertelną chorobą! W naszym klimacie pierwsze komary, przedstawiciele gatunków wczesnowiosennych, pojawiają się już z początkiem marca, jednak w większych ilościach występują zazwyczaj dopiero od kwietnia. Biorąc pod uwagę fakt, że u szczepionych zwierząt odporność wytwarza się po około 3 tygodniach (niestety, błędne jest częste myślenie, że „zastrzyk” powoduje natychmiastowe zabezpieczenie królika), zazwyczaj większe akcje szczepienia wykonuje się właśnie na przedwiośniu. Najwyraźniej jednak nie wszyscy o tym pamiętali i teraz zbieramy żniwa tego zapominalstwa. A może lekkomyślności? Tudzież alt-medowego wiary w szkodliwość i bezsensowność szczepień? Ciężko powiedzieć, przyczyn może być tyle, co przypadków, nie można wrzucać wszystkiego do jednego worka. Niemniej pamiętajmy o zdrowym rozsądku. Tym bardziej, że myksomatoza to tylko jedno z zagrożeń, których można uniknąć, szczepiąc zwierzaka. Pamiętajmy o "pomorze królików", czyli wirusowej krwotocznej chorobie królików, wywoływanej kaliciwirusem z rodzaju Lagovirus - RHDV - i jego nowym wariantem - RHDV2. Od niedawna w przychodni Pulsvet dostępna jest już nowa szczepionka Nobivac Myxo-RHD PLUS, która jako pierwsza na polskim rynku zabezpiecza na wszystkie trzy wymienione patogeny na raz (dotychczas konieczne było rozdzielenie szczepienia przeciwko myksomatozie / RHD oraz tego przeciwko RHDV2).
    Z pobocznych ciekawostek - wirus myksomatozy wykazuje właściwości onkolityczne względem wielu linii komórek nowotworowych człowieka. Oznacza to, że być może w przyszłości może stać się ważnym orężem w walce z nowotworami!

Wykorzystana literatura:
● Boag B. "Observations on the seasonal incidence of myxomatosis and its interactions with helminth parasites in the European rabbit (Oryctolagus cuniculus"; Journal of Wildlife Diseases
● Chodkowski M. i wsp. "Onkolityczne wirusy zwierzęce i ich zastosowanie
w terapiach przeciwnowotworowych"; Medycyna Weterynaryjna
● Kerr P.J. i wsp. "Myxoma virus and the Leporipoxviruses: an evolutionary paradigm"; Viruses
● Kwit E. i wsp. "Myksomatoza królików, problem nadal aktualny"; Życie Weterynaryjne
● Kwit E. i wsp. "Myksomatoza, ciągle groźna choroba wirusowa królików - aktualny stan wiedzy"; Medycyna Weterynaryjna

O kocich biedach

  Weterynaryjny Wtorek! Coś się od tematu kotów ostatnio nie można uwolnić, ale jak spływają dobre wieści, to warto o nich głośno mówić! Wra...